RSS
czwartek, 03 marca 2011
Rumble In The Jungle

Fakty to bzdury Ronald Reagan

Runda 1.

23 lutego "Fronda" piórem swojego czołowego w ostatnich czasach (a przy tym wyjątkowo nudnego) publicysty demaskuje Bronisława Geremka jako tajnego współpracownika służb specjalnych PRL. Wymowa tekstu, który później usunięto z portalu, jest jednoznaczna (co można ocenić dzięki zachowanej kopii w cache'u Google).

Runda 2.

24 lutego portal publikuje krytyczny tekst Piotra Gontarczyka, po czym błyskawicznie ukazują się pokrętne kajania publicysty i jednoznaczne - naczelnego (dla równowagi uzupełnione typowym dla prawicowej prasy wywiadem z serii niczego ostatecznie powiedzieć się nie da).

Runda 3.

25 lutego MKiDN ogłasza, które pisma dostaną dotacje w roku 2011. Liderują "Krytyka Polityczna", "Kronos", "Zeszyty Literackie", "Res Publica", "Didaskalia", "Przegląd Polityczny" i "Cwiszn", z listy wypada po raz pierwszy od lat "Fronda".

Runda 4.

26 lutego Jankes publikuje list otwarty do ministra Zdrojewskiego, w którym szlocha m.in. nad losem "Frondy" oraz skądinąd lewicowego ale nie mainstreamowego „Obywatela”. W dalszej części listu ponosi go fantazja i zbacza z tematu, chwaląc nieprzytomnie swoją platformę, ale list zyskuje oddźwięk i zauważają go również konkurencyjne media. Być może dlatego, że reakcja ministra jest błyskawiczna.

Powyższe zdjęcie w postaci tekstowej, dla użytkowników alternatywnych przeglądarek.

Runda 5.

2 marca o 11:09 "Fronda" publikuje tekst w tonacji, której najstarsi bywalcy nie pamiętają. Gwoli ścisłości, zdarzało się "Frondzie" od wielkiego święta publikować teksty krytyczne, czy też przynajmniej niezbyt entuzjastyczne wobec ludzi z własnego obozu; nigdy nie przybierały formy ataku personalnego. Tekst. jak można było przypuszczać, został przyjęty z prawdziwym i nieukrywanym osłupieniem:

Niektórzy spośród czytelników natychmiast zaczęli podejrzewać, co się święci:

Runda 6.

2 marca o 17:51 wytrwały obrońca politycznych parytetów odnotowuje ostateczny wynik walki. Nie będzie już w stanie odpowiadać na komentarze. Dziękuję Państwu za uwagę.

środa, 16 lutego 2011
Z konieczności Afrykanin

Zdenerwowany celnym znęcaniem się Pudelka Marcin Kydryński wyprodukował oficjalne oświadczenie, które najwyrażniej przeczytał ktoś mu bardzo życzliwy, skutkiem czego błyskawicznie zniknęło ze strony. Poniższy screenshot dokumentuje charakterystyczną mentalność, która w pełni ujawniła się w czasie debaty publicznej nad losami Romana Polańskiego: jeśli, powiedzmy, poseł Lepper zażartuje o zgwałceniu prostytutki a poseł Węgrzyn pofantazjuje o lesbijkach, salon zatrzęsie się z oburzenia (i wyprodukuje listy otwarte), jeśli natomiast podobne poglądy ubierze się w kostium "podróży na wschód" i podbuduje artystycznym życiorysem, można liczyć na wzięcie w obronę a w najgorszym przypadku na milczenie. O Kydryńskim i jego ujawnionych już dawno temu skandalicznych wywodach piszą na razie Fakt, Pudelek i niszowa Feminoteka - w mainstreamie natomiast - flauta.

Miłej lektury

PS: ukazała się wersja oficjalna oświadczenia, warto porównać.

wtorek, 08 lutego 2011
Wreszcie

Książki wydawane w ramach polskiej edycji Le Monde Diplomatique - na ogół znakomite - bardzo rzadko omawiane są w prasie mainstreamowej, tym bardziej cieszy omówienie autorstwa Artura Domosławskiego, uwzględniające ważną pozycję Jeana Zieglera "Nienawiść do Zachodu". Cieszy tym bardziej, że żyjemy w kraju uwikłanym w dwie wojny (podczas których żołnierze dopuszczają się wojennych zbrodni) i udzielającym Amerykanom miejsca na torturowanie więźniów, w którym te kwestie nie stały się praktycznie przedmiotem jakiejkolwiek debaty. A najbardziej cieszy, że Domosławski w swoim tekście nie używa białych rękawiczek, ludobójstwo nazywa ludobójstwem i przytacza sporo niewygodnych faktów. Nie mam co prawda złudzeń, że ten tekst się gdziekolwiek przebije (nie mam też złudzeń, że ukaże się polskie tłumaczenie "Late Victorian Holocausts: El Niño Famines and the Making of the Third World"), ale miło się czyta takie rzeczy w wysokonakładowym dzienniku, w którym o krajach Południa pisze najczęściej betonowy Maciej Stasiński.

Oddajmy głos Zieglerowi: "W oczach większości mężów stanu i działaczy ruchów społecznych z Południa system, który uderza w najbiedniejsze warstwy społeczeństw półkuli południowej, jest bezpośrednią kontynuacją kolonialnych i opartych na pracy niewolniczej metod produkcji"; chciałbym podobną diagnozę usłyszeć choćby z ust naszych dawnych opozycjonistów.

niedziela, 22 sierpnia 2010
Człowiek, który pierdział jak koń

Joanna Senyszyn, pisząc o pewnym pośle poszukującym własnego punktu G, traktuje go rzecz jasna pobłażliwie; określenia typu skrzywdzone dziecko i chłopiec lamentujący z sikawką podkreślają naiwność posła, który liczy na sklerozę i amnezję Polaków. Tymczasem o naiwność (i to niebagatelną) prędzej można posądzić autorkę wpisu - ostatnie lata jako żywo udowodniły, że w otchłani społecznej niepamięci giną wydarzenia całkiem świeże, że wolty z sikawką (i bez) można wykonywać w rytmie niemalże tygodniowym.

Symptomatyczne, że nasza klasa polityczna funkcjonuje na poziomie naszej-klasy nk; Senyszyn jest tu, wbrew różnym pozorom, doskonałym przykładem. Prowadzi bloga (ostrego i najeżonego smakowitymi dla dziennikarzy cytatami), nie unika wystąpień telewizyjnych (również radykalnych), przyjmuje zaproszenia do programów o najwyższej temperaturze dyskusji. Nowe media nie są dla niej jednakowóż partnerem, jest dla nich co najwyżej drugorzędną aktorką, obsadzaną w stałym repertuarze "ulubienicy antyklerykalnych internautów", "głosu wołającego na puszczy SLD", "czarownicy" (u Pospieszalskiego). Dostarcza cytatów, ale niczego nie kreuje. Tymczasem naiwny ponoć poseł reguły infotainmentu ma w jednym palcu i wykorzystuje je właściwie bez przeszkód. Trudno podejrzewać, żeby w kręgu jego rzeczywistych zainteresowań leżały eutanazja, legalizacja związków partnerskich, zniesienie kar za obrazę prezydenta i uczucia religijne, parytety, edukacja seksualną w szkołach i in vitro - leży w nich co najwyżej podatek liniowy. Wszystkie te tematy są medialnie gorące i zapewniają amunicję na lata; bonusem jest niewątpliwie ośmieszenie macierzystej partii Senyszyn, tchórzącej przy tym głównie lewicowym arsenale na potęgę. Ciężkie armaty będą więc strzelać, co z tego, że na wiwat.

W afirmującym taki styl działania wpisie Piotra Bratkowskiego mowa jest m.in. o tym, że celem posła jest uczynienie z polityki formy działalności usługowej na rzecz obywateli, dostosowanej do ich potrzeb. Określenie poppolityka ma mieć więc znaczenie polityki korzystającej z narzędzi popkulturowych w celu zrealizowania nadrzędnych celów. Tymczasem jest dokładnie na odwrót, to polityka jest tu narzędziem do tworzenia popkultury, czystej rozrywki, utrwalającej w powszechnej świadomości nazwisko posła w roli skutecznego brandu. Jego prawo. Senyszyn przypomina epizod "Ozonowy" nie wspominając, że poseł, hostujący latami homofobicznych lunatyków w rodzaju Terlikowskiego i Górnego (którzy teraz wysyłają go rzecz jasna do piekła; ciekawe, czy zwrócą pobierane w tygodniku pensje) dostaje niedługo później nagrodę Hiacynta od Fundacji Równości; nikt rzecz jasna posła w tym roku na Europride nie widział. Czyż nie czuje teraz, że wolno mu w zasadzie wszystko? Że może sięgnąć po dowolny dyskurs, dowolnie nośne ideolo a i tak dostanie poparcie? Jako lewicowy polityk, polityk z wibratorem i jako człowiek, który pierdział jak koń.

wtorek, 17 sierpnia 2010
Taras wybrukowany nadzieją

Wbrew wyrażanym powszechnie opiniom happening zorganizowany w nocy z 9 na 10 sierpnia pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu nie był akcją antyklerykalną, nie był też wyrazem buntu ani w żadnym wypadku kamyczkiem, który w bliżej nieokreślonym czasie poruszy lawinę "zapateryzacji" w Bolandzie (nadzieje na taki obrót rzeczy przybierały niekiedy groteskowo naiwną formę). Była to manifestacja łatwa, lekka i przyjemna i jak na taką zaskakująco mało liczebna. Pianie nad potęgą Facebooka, za pomocą którego zwoływano się pod Pałac, wydaje się raczej rozczulające; kluczowe było nagłośnienie akcji przez mainstreamowe media, które poparły przy okazji jej założenia. W skrócie, był to protest konformistycznej większości przeciw antysystemowej mniejszości, w dodatku nieestetycznej, agresywnej i prostej do namierzenia i zaatakowania (a przy okazji zaprezentowanie typowego dla braci studenckiej niewyrafinowanego humoru; buntowniczego co najwyżej w żałosnym stylu juwenaliów).

Wśród transparentów brak było haseł antyklerykalnych i odnoszących się do działań Kościoła katolickiego; można zaryzykować stwierdzenie, że zakwaterowani pod Pałacem ludzie nie byli z nim przez protestujących identyfikowani. Organizatorowi akcji nie przeszły przez gardło żadne stwierdzenia, dotyczące zagrożenia świeckości państwa (nie przeszło mu zresztą nic ciekawego, poza ogólnikami typu "dałem ludziom wiarę" i "cyrk się udał"; nienawiść wylana pod jego adresem na lunatycznych portalach nie miała specjalnych podstaw). Hasła tego rodzaju pojawiły się dzień później, na wiecu organizowanym przez SLD, z udziałem czołowych polityków tej partii. Wiec ten zgromadził imponujące dwie setki osób, które miały okazji wysłuchać typowych dla tej partii napieralizujących lawirowań, przez Magdalenę Środę ocenianych jako "radykalne". O tym, że żyjemy w państwie katolickim, powiedział Darek Szwed z Zielonych i na tym w zasadzie poprzestano. Jeśli ktoś wiąże jakieś nadzieje z lewicą centroprawicą (w tym SLD i mitycznym ruchem palikotystów), powinien sobie codziennie odliczać do dwustu, do znudzenia. I przy okazji przypominać, że to nie ludzie spod Pałacu wprowadzili religię do szkół, zawłaszczyli dyskurs publiczny, uposażyli Kościół w sposób urągający i prawu i przyzwoitości i de facto zrezygnowali z pełnej suwerenności państwa po podpisaniu konkordatu. Zrobił to między innymi obecny lokator tego Pałacu, wspólnie ze wszystkimi środowiskami, które obecnie nabijają się z przywiązujących się do desek starych ludzi.

Demonstracja była niewygodna dla establishmentu, pisze w "Krytyce Politycznej" Maciej Gdula. Ależ, jakże się myli. Nie ma nic wygodniejszego, niż atrapa protestu, kanalizująca różne nieciekawe myśli i zasłaniająca przykrą prawdę. Nabieranie się na taką taktykę (tożsamą z działaniami Palikota) wydawało mi się jeszcze całkiem niedawno zabawne. Teraz wydaje się groźne.