RSS
niedziela, 22 sierpnia 2010
Człowiek, który pierdział jak koń

Joanna Senyszyn, pisząc o pewnym pośle poszukującym własnego punktu G, traktuje go rzecz jasna pobłażliwie; określenia typu skrzywdzone dziecko i chłopiec lamentujący z sikawką podkreślają naiwność posła, który liczy na sklerozę i amnezję Polaków. Tymczasem o naiwność (i to niebagatelną) prędzej można posądzić autorkę wpisu - ostatnie lata jako żywo udowodniły, że w otchłani społecznej niepamięci giną wydarzenia całkiem świeże, że wolty z sikawką (i bez) można wykonywać w rytmie niemalże tygodniowym.

Symptomatyczne, że nasza klasa polityczna funkcjonuje na poziomie naszej-klasy nk; Senyszyn jest tu, wbrew różnym pozorom, doskonałym przykładem. Prowadzi bloga (ostrego i najeżonego smakowitymi dla dziennikarzy cytatami), nie unika wystąpień telewizyjnych (również radykalnych), przyjmuje zaproszenia do programów o najwyższej temperaturze dyskusji. Nowe media nie są dla niej jednakowóż partnerem, jest dla nich co najwyżej drugorzędną aktorką, obsadzaną w stałym repertuarze "ulubienicy antyklerykalnych internautów", "głosu wołającego na puszczy SLD", "czarownicy" (u Pospieszalskiego). Dostarcza cytatów, ale niczego nie kreuje. Tymczasem naiwny ponoć poseł reguły infotainmentu ma w jednym palcu i wykorzystuje je właściwie bez przeszkód. Trudno podejrzewać, żeby w kręgu jego rzeczywistych zainteresowań leżały eutanazja, legalizacja związków partnerskich, zniesienie kar za obrazę prezydenta i uczucia religijne, parytety, edukacja seksualną w szkołach i in vitro - leży w nich co najwyżej podatek liniowy. Wszystkie te tematy są medialnie gorące i zapewniają amunicję na lata; bonusem jest niewątpliwie ośmieszenie macierzystej partii Senyszyn, tchórzącej przy tym głównie lewicowym arsenale na potęgę. Ciężkie armaty będą więc strzelać, co z tego, że na wiwat.

W afirmującym taki styl działania wpisie Piotra Bratkowskiego mowa jest m.in. o tym, że celem posła jest uczynienie z polityki formy działalności usługowej na rzecz obywateli, dostosowanej do ich potrzeb. Określenie poppolityka ma mieć więc znaczenie polityki korzystającej z narzędzi popkulturowych w celu zrealizowania nadrzędnych celów. Tymczasem jest dokładnie na odwrót, to polityka jest tu narzędziem do tworzenia popkultury, czystej rozrywki, utrwalającej w powszechnej świadomości nazwisko posła w roli skutecznego brandu. Jego prawo. Senyszyn przypomina epizod "Ozonowy" nie wspominając, że poseł, hostujący latami homofobicznych lunatyków w rodzaju Terlikowskiego i Górnego (którzy teraz wysyłają go rzecz jasna do piekła; ciekawe, czy zwrócą pobierane w tygodniku pensje) dostaje niedługo później nagrodę Hiacynta od Fundacji Równości; nikt rzecz jasna posła w tym roku na Europride nie widział. Czyż nie czuje teraz, że wolno mu w zasadzie wszystko? Że może sięgnąć po dowolny dyskurs, dowolnie nośne ideolo a i tak dostanie poparcie? Jako lewicowy polityk, polityk z wibratorem i jako człowiek, który pierdział jak koń.

wtorek, 17 sierpnia 2010
Taras wybrukowany nadzieją

Wbrew wyrażanym powszechnie opiniom happening zorganizowany w nocy z 9 na 10 sierpnia pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu nie był akcją antyklerykalną, nie był też wyrazem buntu ani w żadnym wypadku kamyczkiem, który w bliżej nieokreślonym czasie poruszy lawinę "zapateryzacji" w Bolandzie (nadzieje na taki obrót rzeczy przybierały niekiedy groteskowo naiwną formę). Była to manifestacja łatwa, lekka i przyjemna i jak na taką zaskakująco mało liczebna. Pianie nad potęgą Facebooka, za pomocą którego zwoływano się pod Pałac, wydaje się raczej rozczulające; kluczowe było nagłośnienie akcji przez mainstreamowe media, które poparły przy okazji jej założenia. W skrócie, był to protest konformistycznej większości przeciw antysystemowej mniejszości, w dodatku nieestetycznej, agresywnej i prostej do namierzenia i zaatakowania (a przy okazji zaprezentowanie typowego dla braci studenckiej niewyrafinowanego humoru; buntowniczego co najwyżej w żałosnym stylu juwenaliów).

Wśród transparentów brak było haseł antyklerykalnych i odnoszących się do działań Kościoła katolickiego; można zaryzykować stwierdzenie, że zakwaterowani pod Pałacem ludzie nie byli z nim przez protestujących identyfikowani. Organizatorowi akcji nie przeszły przez gardło żadne stwierdzenia, dotyczące zagrożenia świeckości państwa (nie przeszło mu zresztą nic ciekawego, poza ogólnikami typu "dałem ludziom wiarę" i "cyrk się udał"; nienawiść wylana pod jego adresem na lunatycznych portalach nie miała specjalnych podstaw). Hasła tego rodzaju pojawiły się dzień później, na wiecu organizowanym przez SLD, z udziałem czołowych polityków tej partii. Wiec ten zgromadził imponujące dwie setki osób, które miały okazji wysłuchać typowych dla tej partii napieralizujących lawirowań, przez Magdalenę Środę ocenianych jako "radykalne". O tym, że żyjemy w państwie katolickim, powiedział Darek Szwed z Zielonych i na tym w zasadzie poprzestano. Jeśli ktoś wiąże jakieś nadzieje z lewicą centroprawicą (w tym SLD i mitycznym ruchem palikotystów), powinien sobie codziennie odliczać do dwustu, do znudzenia. I przy okazji przypominać, że to nie ludzie spod Pałacu wprowadzili religię do szkół, zawłaszczyli dyskurs publiczny, uposażyli Kościół w sposób urągający i prawu i przyzwoitości i de facto zrezygnowali z pełnej suwerenności państwa po podpisaniu konkordatu. Zrobił to między innymi obecny lokator tego Pałacu, wspólnie ze wszystkimi środowiskami, które obecnie nabijają się z przywiązujących się do desek starych ludzi.

Demonstracja była niewygodna dla establishmentu, pisze w "Krytyce Politycznej" Maciej Gdula. Ależ, jakże się myli. Nie ma nic wygodniejszego, niż atrapa protestu, kanalizująca różne nieciekawe myśli i zasłaniająca przykrą prawdę. Nabieranie się na taką taktykę (tożsamą z działaniami Palikota) wydawało mi się jeszcze całkiem niedawno zabawne. Teraz wydaje się groźne.